niedziela, 7 marca 2010

Seksualna niewola a opór odmieńczyń w Europie Środkowo-Wschodniej

Seksualna niewola a opór odmieńczyń w Europie Środkowo-Wschodniej. Sadomasochizm obywatelski, rewolta o równouprawnienie i inne zderzenia naszej polityki.


Najważniejsza jest sprawa równouprawnienia studentów i doktorantów - wykluczenia ekonomicznego (brak środków finansowych) i ideologicznego (żadnego wpływu na decyzje uniwersytetu).
O równouprawnienie powinni zatem walczyć studenci i studentki, doktorantki, "niesamodzielne" – to nazwa
oficjalna i obelżywa - pracownice naukowe, pozbawione środków finansowych i
głosu decyzji na uczelniach.

Na feudalnych uczelniach w Polsce trzeba walczyć o równouprawnienie studentów (po to – jak rozumiemy – powstaje Demokratyczne Zrzeszenie Studenckie). Nie mają tu także żadnego prawa decyzji – znamiennie nazwani – "niesamodzielni pracownicy naukowi". Europa Środkowo-Wschodnia i jej edukacja jest zatem przednowoczesna (premodern). Nie ma tu miejsca na debatę, deliberację, uczestnictwo w demokracji. Dlatego tak ważne jest wprowadzenie parytetu: parytet kobiet w życiu politycznym i na wszystkich szczeblach kadry akademickiej. Chodzi również o tzw. parytet jednej trzeciej na uniwersytetach (hasło z roku 1968, zrealizowane już na Zachodzie), czyli współdecydowanie trzech grup: studentek/ów, młodszych pracownic i pracowników nauki oraz profesury, która dzierży obecnie władzę absolutną. Mimo przewagi "drugiej płci" na studiach najniższego stopnia i jej generalnie lepszego wykształcenia, jest mniej kobiet na studiach doktoranckich i we władzach akademickich. Jeśli panie osiągną stanowiska kierownicze na uczelniach, często zmuszone są przejąć represyjne wobec siebie i innych wzory samcze.

Pracownice i pracownicy nauki siedzą cicho, zadowoleni z naszej małej habilitacji, ciasnej selekcji korporacyjnej oraz wieloetatowości, która zapewnia przy niegodnych wynagrodzeniach "naszą małą stabilizację", a zarazem obniża poziom badań i nauczania. Jak ujawnił kryzys na UMCS, nauczyciele akademiccy gardzą pozostałymi pracownikami – a zwłaszcza pracownicami – uczelni i gotowi są poświęcić obsługę, skazać ją na bezrobocie i wykluczenie społeczne, by zachować synekury. Przegranymi transformacji są: studentka, która otrzymuje żenująco niskie stypendium (jeśli w ogóle); adiunkt, który na Wschodzie Polski zarabia netto 2000 złotych; sprzątaczka na uczelni, zagrożona zwolnieniem, gdyż jakoby tańsza jest firma outsourcingowa, która nie przestrzega praw pracowniczych.

Demokracja nie oznacza w rzeczywistości rządów większości, ale rozpoznanie i poszanowanie praw mniejszości. Dziennikarz "Guardiana", Brian Whitaker, przekonuje, że "rządy zawsze szukają wyjątków wobec zasady uniwersalności". Pod przykrywką religijnych czy kulturowych norm, dyskryminacja jest głoszona poprzez ustalenie granic kulturowych ewentualności. Polska akademia jest ogromnym ośrodkiem tego typu czołowych postaw dyskryminacyjnych, chociaż może być również centrum odwrócenia tego stanu rzeczy.

Więcej na ten temat: Publikacja Tomka Kitlińskiego

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz